typer: 0
id: 0
id2:




  Kontakt   Pomoc   Mapa portalu   Forum
Portal Podróżnika bezdroza.pl

Wyszukaj   
GLOWNA
W Twoim schowku czekają na Ciebie 2 książki.
Nowości w księgarni
Wielka Brytania + Atlas Europy
89.00 PLN  20.00 PLN
Więcej...


Włochy północne + Adriatyckim szlakiem
67.00 PLN  20.00 PLN
Więcej...


Promocja KSIˇŻKA DNIA
ks_dnia Codziennie inna książka Wydawnictwa Bezdroża
25% taniej!!!

Zobacz więcej
Klub bezdrożnika
Warto zobaczyć
Program partnerski

Bezdroza.pl

Przewodniki pisane z pasją

rejestracja
2026 a tu product id pobrany z geta:2026

Desperacki rejs

Autor:
John Caldwell  
Wydawca:
Wydawnictwo SEL
Data wydania:
2005
Liczba stron:
330 stron

Cena: 26.00 15.00 zł

  • Promocja

Dodaj do koszyka Wysyłka w 3 - 5 dni
Dodaj do przechowalni

Szczegóły

ISBN:
83-921427-0-5
Format:
14 cm x 20 cm
Oprawa:
miękka foliowana ze skrzydełkami
  • Opis ksiażki
John Caldwell wyruszył w maju 1946 roku w podróż z Panamy przez Pacyfik do Sydney, do swojej młodej żony Mary, której nie widział od ponad roku.
Nie mogąc znaleźć innego środka transportu z powodu powojennych utrudnień w komunikacji, zdecydował się na samotny rejs 8,5-metrowym jachtem żaglowym, zabierając do towarzystwa dwa bezdomne koty Pławika i Wyrzutka, a jak się okazało później, także szczura, którego nazwał Blindą.
John był człowiekiem, którego smak przygody "pociągał niby magnes". Rozpoczynając rejs nie potrafił żeglować, w związku z czym manewr wyjścia z portu w Balboa próbował wykonać posługu­jąc się podręcznikiem "Sztuki żeglowania", co o mało nie zakończyło się tragicznie.
Po tym doświadczeniu John spędził 10 dni na nauce żeglowania i nawigacji w Zatoce Panamskiej, podczas których niewiele brakowało, by rozbił się na skałach Wysp Perłowych.
W pierwszym dniu ponownie rozpoczętego rejsu, tak opisuje manewr refowania grotżagla w sztormie: "Nie byłem jeszcze pewien, czy teraz właśnie nadszedł odpowiedni moment do refowania, ale zdecydowałem, że chyba to się żaglom bardzo przyda. Jak je spuścić? Jak przyciągnąć i utrzymać bom przy tak dzikich przechyłach? Indianie mówią, że każdą rzecz robi się najlepiej, jak się ją po pro­stu robi. Na jachcie sytuacja jest specyficzna - nie sztuka zwolnić fał i bezmyślnie pozwolić wiatrowi, aby go wyrwał z ręki. jak to właśnie zrobiłem. Niedbałość taka może być niebezpieczna, bo wiatr spływa po żaglu i wprawia jego luźne końce w dziki łopot, a płótno może pęknąć przez sam środek. Z nawietrznego liku żagla typu Marconi odrywają się ślizgacze, potem trzaska szybko dalszych pięć czy sześć szwów i w ciągu kilku sekund z żagla robi się sześć bezkształtnych kawałków. Dokładnie wiem, jak to się dzieje, bo właśnie wtedy zdarzyła mi się taka historia".
Jeszcze tej samej nocy zderzył się z pływającym pniem drzewa i w ostatniej chwili udało mu się zawrócić na tonącym jachcie do Wysp Perłowych.
Po kilkudniowej przerwie na naprawę łodzi po raz trzeci wypłynął biorąc kurs na wyspy Galapa­gos. Podczas podróży cudem udało mu się wrócić na jacht po wypadnięciu za burtę i zwyciężyć w za­jadłej walce rekina, którego złowił i jeszcze żywego wciągnął na pokład, co zakończyło się poważnym uszkodzeniem rufy i zepsuciem na trwałe silnika. John postanowił płynąć dalej, dokonując napraw w czasie podróży. Po miesiącu dotarł do archi­pelagu Galapagos, a po następnym, żeglując stale w pasacie, minął Markizy i zawinął na samotną wy­spę Caroline w celu odnowienia zapasów żywności. Przyjęty przyjaźnie przez tubylców, odpływając, zostawił dzieciom wyspiarzy kociaki, jedynych towarzyszy podróży, które "pobudzały go zawsze do salw śmiechu" i o których bezpieczeństwie nie zapominał w najgorszych chwilach. Dzięki nieustającej praktyce, chęci nauki i niespożytej energii, z dnia na dzień stawał się lepszym żeglarzem. Gdy jednak przy Wyspach Cooka nadszedł tropikalny orkan, stanął w jego obliczu bez­radny i uzależniony całkowicie od wytrwałości swojej "drzazgi": "Przeżyć huragan w małej łodzi to wielka próba nerwów. Człowiek czuje wówczas całą swoją nicość w obliczu żywiołów. Huragan jest władcą absolutnym, człowiek - jego igraszką, korkiem na sztormowej fali. Istnieje tylko jeden sposób bezpiecznego wyjścia z takiej sytuacji: leżąc na wznak mocno przywiązać się w koi, iluminatory i luki szczelnie zamknąć i umocować wszystko dobrze w kabinie".
Orkan trwał dwa dni. Jacht stracił maszt i bukszpryt, został strasznie porozbijany i zaczął mocno przeciekać. Zdeterminowany żeglarz nie poddał się jednak. Statek został awaryjnie otaklowany. Z bo­mu John zrobił pięciometrowy grotmaszt, a z wiosła - malutki bezanmaszt. Odpowiednio przeszyte zostały żagle. "Poganin" stał się jolem mogącym płynąć z wiatrem zaledwie z prędkością 1 węzła.
W zagubionej na oceanie łodzi pozostały resztki żywności i wody, które przy odpowiednim ra­cjonowaniu miały starczyć na dotarcie, w ciągu 18 dni, do najbliżej położonych wysp Samoa. W rze­czywistości John płynął jeszcze 7 tygodni. Był to okres walki ze straszliwym głodem i pragnieniem oraz związanym z tym osłabieniem organizmu.
W tym czasie Caldwell jadł nawet rzeczy, wydawałoby się, niejadalne, np.: kwas borny, wazelinę, skórzany portfel, porosty z kadłuba; starał się wszelkimi sposobami łowić ryby i ptaki. Kilkanaście razy dziennie musiał wypompowywać z jachtu wodę...
Krańcowo wyczerpany i wychudzony, dotarł do wyspy Tuwuta, położonej we wschodniej części archipelagu Fidżi. Tam celowo rozbił "Poganina" na rafie, by na złamanym maszcie dopłynąć do upragnionego brzegu. Na wyspie, gościnni tubylcy uratowali go od śmierci z wyczerpania głodowego. Po 3 tygodniach pobytu na Tuwucie odpłynął statkiem koprowym i z wyspy Viti Lewu udał się samolotem na Nową Kaledonię, następnie przez Brisbane przyleciał do Sydney.
Po siedmiu miesiącach od rozpoczęcia rejsu, 3 grudnia 1946 roku spotkał wreszcie przyczynę swojej desperacji - ukochaną Mary.

Dodaj do koszyka