Szlakiem zamków i pałaców w Słowacji, Węgrzech i Austrii.
Autor: Wojciech Kłoskowski Data dodania do serwisu: 2007-05-25 Relacja obejmuje następujące kraje: Słowacja, Węgry, Austria
| Oceń relację | Średnia ocena | Ilość ocen |
|
Słowacja – Węgry – Austria Termin: 28 IV – 6 V
Wyruszyliśmy w trójkę: ja, żona i przyjaciel. Później nasza ekipa miała się powiększyć do 6 osób. Plan był prosty - jedziemy przed siebie, a każdy dzień ma być lepszy od poprzedniego. Z grubsza mieliśmy zaplanowane miejsca w których chcieliśmy być, resztę mieliśmy planować na miejscu. Brak konkretnej trasy przejazdu okazał się trafnym pomysłem ze względu na spontaniczność, jednak następnym razem chyba szczegółowo rozpracuję trasę przejazdu. Wyjazd planowaliśmy na podstawie przewodników Bezdroży: "Węgry. Na ostro i na słodko", "Słowacja. Karpackie serce Europy" i starszego przewodnika po Wiedniu. Na miejscu znaleźliśmy w nich prawie wszystkie niezbędne informacje, za wyjątkiem map. Na przyszłość mapy kupimy w Polsce by nie podróżować po omacu. Nie będę rozpisywał się dokładnie o poszczególnych miejscach. Od tego są przewodniki. Jedynie zasygnalizuję, co warto było zobaczyć, co wywarło na nas największe wrażenie. Przy okazji być może uda się zamieścić kilka praktycznych informacji. Dzień pierwszy Wystartowaliśmy o godzinie 2 w nocy z Białegostoku. Do granicy polsko - słowackiej mieliśmy ponad 550 km. Byliśmy bardzo zaspani, a drogę w końcowym fragmencie utrudniał ruch jadących na majówkę. Wyglądało to w ten sposób, jakby cała Polska gdzieś wyruszyła. Może tam gdzie my? Na przejście graniczne w Barwinku dotarliśmy zgodnie z planem ok. 11. Bez żadnych formalności, na podstawie okazanych paszportów, wolni od codziennych stresów, wjechaliśmy na Słowację. Szybko wymieniliśmy złotówki na korony (w sumie na granicy był najlepszy kurs), nieomal zapomnieliśmy o zakupie winiety i ruszyliśmy dalej w głąb Słowacji. Dla nas na dobre rozpoczął się piękny dzień. Na początek odwiedziliśmy Sarisz - piękny przygórski region z kilkoma cerkiewkami. W mijanych miejscowościach zdziwiły nas rozwieszone megafony. Największą atrakcją regionu jest Bardiów (Bardejov), które posiada najlepiej zachowany średniowieczny zespół miejski na Słowacji. W 2001 roku miasto zostało wpisane na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Urok tego miasta to przede wszystkim malowniczy rynek wyłożony rzecznymi kamieniami, otoczony domami mieszczańskimi o charakterze architektury gotyckiej i renesansowej. Na środku rynku, obok gotyckiego kościoła św. Idziego (wewnątrz mieści się 11 późnogotyckich ołtarzy szafiastych z lat 1440-1510), stoi starożytny gotycko-renesansowy ratusz z 1509 roku. Kilka chwil relaksu na ławeczce pozwoliło zauważyć, iż życie tutaj toczy się wolniej. Kilkunastu pracowników, na zlecenie właścicieli pubów, mieszczących się w pobliskich piwnicach, nienerwowo, popijając piwo, rozkładało ogródki na zbliżający się sezon. Wniosek - przyjechaliśmy za wcześnie. Warto było udać się w kierunku murów obronnych a po drodze odwiedzić lodziarnię (zmarzlina) przy ulicy Veterna. Naprawdę bardzo dobre lody, dużo lepsze niż w Polsce. 
Ruszamy dalej. Po drodze do Preszowa z oddali podziwialiśmy ledwo zachowane ruiny zamku Sariskiego. Kojejnym wartym przystanku miejscem był Preszów. Nowoczesne przedmieścia z hipermarketami oraz nieciekawe osiedla wieżowców otaczają piękną starówkę, niewiele skromniejszą od koszyckiej. Krótki spacer po niej pozwolił doskonale się zrelaksować przed dalsza podróżą. Centrum miasta skupia się wzdłuż ulicy Hlavnej, która w środkowym biegu rozszerza się w długi, wrzecionowaty rynek. Tutaj skupiona jest większość lokali gastronomicznych i atrakcji turystycznych. Pośrodku placu znajduje się budowla byłego kolegium ewangelickiego - szkoły wyższej ewangelickiej z 1666 roku, niedaleko od świątyni pw św. Trójcy z początków XVII wieku i ratusz w pierwotnie mieszczańskim domu z XVI wieku. Nieopodal jest świątynia greckokatolicka pw św. Jana Chrzciciela, pałac reprezentacyjny biskupa i Greckokatolicki Wydział Teologiczny. W pobliżu znajdują się stare obwarowania miejskie z XV wieku, a w ich sąsiedztwie Muzeum Win. Niestety zamknięte. Przed nami wspinaczka w góry. Na Spisz można przedostać się łatwą drogą przed 5 kilometrowy tunel Banisko lub poprzez górskie serpentyny. Przez tunel przejechaliśmy w drodze powrotnej, teraz zaś rozpoczęliśmy walkę z górskimi podjazdami i zakrętami. Było warto. Z drogi na szczyt roztaczają się rozległe panoramy na Spisz zamknięte widokiem oddalonych Tatr. No i oczywiście przepiękny widok na Spiski Hrad, warty kilkunastu nadrobionych kilometrów. Tak trafiamy do Spiskiego Podgrodzia. Jest to ładna miejscowość położona u podnóża wzgórza, na którym wznosi się zamek z kilkukilometrową zabudową szeregową, zamieszkała przez Romów. W 1993 roku Zamek Spiski i okoliczne zabytki wpisano na listę UNESCO. Z noclegiem nie mieliśmy problemów. W miejscowości tej jest kilka pensjonatów, my wybraliśmy z widokiem na zamek. Cena - 500 koron za 3 osoby, za pokój, który okazał się być bez czajnika. Poza tym czysto i schludnie. Szybka kąpiel i regeneracyjne dwa piwa Smädný Mnich, z pobliskiego browaru Veľký Šariš postawiły nas na nogi. Najpierw wyruszyliśmy na miasto. Na każdym kroku dało się odczuć cygański charakter okolicy. Uczucia zachwytu nad zamkiem i innymi zabytkami pomieszane były z ohydnym i nieprzyjemnym wyglądem miasteczka. Oczywiście to tylko nasza bardzo subiektywna ocena. Miasteczko zapewne kryje bardzo wiele pięknych i ciekawych miejsc. Do najbardziej atrakcyjnych zabytków architektonicznych okolicy należą: kościół Narodzenia Marii Panny z gotyckim ołtarzem skrzydłowym św. Barbary i gotycka chrzcielnica, z drugiej połowy XV wieku, klasztor Braci Miłosierdzia, kościół ewangelicki z cennymi organami oraz odrestaurowana synagoga. Nieopodal jest Kapituła Spiska - często porównywana z Watykanem - jest małym cerkiewnym miasteczkiem, z mnóstwem cennych zabytków, gdzie znajduje się urząd biskupi. Najcenniejszymi zabytkami Kapituły są: Katedra św. Marcina, Pałac biskupi i Wieża Zegarowa. Najładniejszy widok na Kapitułę jest ze wzgórza zamkowego o zachodzie słońca.
Następnie wieczorową porą postanowiliśmy wybrać się na zamek. Ruiny usytuowane są na pokaźnym stromym wzgórzu. Podejście pod zamek zajęło nam 20 minut. Kompleks zamkowy poraża swoim ogromem. Jest to imponująca budowla, górująca nad całą okolicą. Z wzgórza zamkowego roztacza się przepiękny widok na podgrodzie z wyraźnie wyodrębnioną Kapitułą Spiską. W nocy zamek jest podświetlony i wygląda to niesamowicie. Jednak my nie mogliśmy w pełni skupić się na jego podziwianiu, albowiem zaatakowało nas stado nietoperzy, zmuszając do ucieczki. W połowie drogi na dół zrobiliśmy dłuższy przystanek - na piwo i zdjęcia. Późnym wieczorem na kwaterze podświetlony hrad dodawał uroku wesołej kolacji. A przed snem obowiązkowa dawka hokeju – MŚ w Moskwie (relacje na antenie słowackiej dwójki były niemal non stop).
Dzień drugi Pierwsza noc za nami. Obudziłem się tradycyjnie przed 6.00. Ktoś chrapał i niemożliwym było ponowne zaśnięcie (i tak do końca). Postanowiłem wyjść na taras i poświęcić się lekturze przewodników. Okazało się, że nie tylko ja nie spałem. W dwójkę wymieniliśmy dotychczasowe wrażenia i wybraliśmy się do centrum do sklepu. W "Potravinach" dokonaliśmy wymiany : butelki po piwie (4 korony za sztukę) za chleb i cukier. Byliśmy zachwyceni i postanowiliśmy więcej pić. Chleb był jeszcze cieplutki a do tego bardzo dobry, wobec czego do śniadania zjedliśmy cały kilogramowy bochenek. Do pieczywa obowiązkowo pasztet. Jeszcze tylko krótka lektura przewodników i pora było ruszać w trasę. W planach mieliśmy zwiedzanie Koszyc. Właściciel kwatery był bardzo serdeczny i kilka minut tłumaczył nam co jeszcze warto zobaczyć po drodze. Wszystko to widzieliśmy będąc poprzednim razem na Słowacji. Podróż autostradą do Koszyc zajęła ok. pół godziny. Zachęciły nas przewodniki wskazując, że to niezwykle atrakcyjne miasto, ze wspaniale odnowioną starówką i bogatym życiem kulturalnym. Szczerze, nic ciekawego tam nie było. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od pałacu Jakuba. Stamtąd ciągiem pieszym (ul. Mlynską), wśród kilku ładnych kamienic, dotarliśmy pod monumentalną Katedrę Św. Elżbiety. W tej okolicy skupia się większość zabytków, muzeów i atrakcji miasta. Na nas największe wrażenie zrobiła fontanna, z której woda tryskała w rytm muzyki. Całe zabytkowe centrum zwiedziliśmy idąc ulicą Hlavną. Chwili wytchnienia chcieliśmy doznać w polecanym w przewodniku bistro u "Starej Mamy" jednak klimat tamtejszych knajpek spowodował, że skupiliśmy się tylko na regionalnej odmianie piwa. Nie danym było nam tam zaznać smaku tradycyjnych potraw kuchni słowackiej. Przy wyjeździe z miasta zaopatrzyliśmy się w jednym ze sklepów Tesco w niezbędne artykuły spożywcze, kupiliśmy bardzo dobry kminkowy chleb, jemny ketchup (polecam), i ruszyliśmy dalej. Niedaleko stąd do Rudaw Spiskich i w Słowacki Kras. Około 20 km. od Koszyc znajduje się Jasov. Spacer po miasteczku rozpoczęliśmy od zespołu klasztornego Norbertynów, by w końcu udać się do największej atrakcji tej miejscowości - Jaskini Jasovskiej. Niestety nie dane było nam nacieszyć się urokiem podziemnej wyprawy. Ostatnie wejście do jaskini było o godzinie 14.00. Jedyne co nam zostało to spacer ścieżką na Jasovska skałę. Po drodze znajduje się kilka ładnych punktów widokowych na Jasov i okolice z górami w tle. Podążając dalej wytyczoną sobie trasą dotarliśmy do miasteczka Medzew, gdzie znajduje się rodzimy dom prezydenta Słowacji. Dalsza wyprawa była odmienna od wielu innych. O jej odmienności zadecydowała przypadkowa chęć zapuszczenia się w ciszy i samotności w Rudawy Słowackie. Podróżując kilkakrotnie zatrzymywaliśmy się na chwilę odpoczynku, dając odpocząć silnikowi i hamulcom. Wówczas mogliśmy podziwiać otaczające nas panoramy górskie. Późne popołudnie sprawiło, iż roztaczające się przed nami widoki były jeszcze piękniejsze. Tak podróżując dotarliśmy do okolic, gdzie na trasie nie spotykaliśmy jakiegokolwiek samochodu. Tym większe było nasze zdziwienie gdy w dole zobaczyliśmy jakąś miejscowość. Jeszcze tylko kilka stromych zakrętów, przedsmak tego co na nas czekało później, i byliśmy u tablicy informacyjnej - Smolniki. To nie tu. Zabłądziliśmy?? Jednak szybko uśmiech wrócił na twarze, gdyż z pobliskiego drogowskazu wynikało, iż do Roznavy jest tylko 10 km. Nie było źle. Jakże krótka była moja radość. 10 km przez góry, po drodze, którą można śmiało nazwać polną. Ten etap podróży okazał się bardzo długi i trudny dla samochodu. 18 stopniowe podjazdy pod górę zmuszeni byliśmy pokonywać jedynką by za chwilę zjeżdżając z góry przez kilka minut trzymać nogę na hamulcu. I tak przez ponad godzinę. Jedynka, dwójka, hamulec. Po tej szkole jazdy kolejne góry na trasie wyjazdu nie sprawiały już żadnych trudności. Pozostali skupili się na super widoczkach. Jakaż była nasza radość gdy dotarliśmy do Krasnej Horki. Nikogo nie było trzeba pytać czy jedziemy dalej. Nasz wzrok przykuł górujący nad wioską olbrzymi zamek. Szybko rozejrzeliśmy się za noclegiem. Wybór nie był trudny. Znaleźliśmy kilka kwater prywatnych i pensjonat. Wybraliśmy tę z widokiem na zamek. Oby tak dalej. Co nocleg to lepszy widok z okna. Do dyspozycji mieliśmy cały niewielki domek jednorodzinny: pokój-sypialnia z TV i kuchnię z lodówką, czajnikiem, płytą gazową i mikrofalówką. Do tego komplet talerzy, szklanek i sztućców. 
Godzina była już dosyć późna, a my mieliśmy jeszcze w planach zwiedzanie zamku. Aby zdążyć przez zmierzchem, lepszy obiad musiał zaczekać. Posileni zupką chińską i lampką białego wina rozpoczęliśmy nasz marsz na zamek. Wybraliśmy drogę na skróty stromą ścieżką biegnącą przez las. Opłacało się. Na górze byliśmy po 10 minutach. Nad nami górował zamek, przed nami piękny widok na Słowacki Kres, a w dole malowniczo przedstawiająca się miejscowość, gdzie nocujemy. Urządziliśmy jeszcze tylko krótką sesję fotograficzną i postanowiliśmy wracać na zasłużony odpoczynek. Zanim jednak położyliśmy się spać, odbiliśmy w prawo by posilić się czymś "ciepłym" w pobliskiej restauracyjce z bardzo miłą obsługą. Skończyło się na Kelcie. Po powrocie szybka kąpiel i spaghetti. Leżąc planowałem co dalej. Przede mną rozpościerał się cudowny widok na okoliczne wzgórze i zamek. W telewizji znów leciał hokej. Spędzając czas przy winie bawiliśmy się wesoło. Dzień trzeci 
Przy śniadaniu (suche kanapki m.in. z pasztetem + zupka chińska) postanowiliśmy, że jedziemy na Węgry. Jako kawosze jeszcze obowiązkowo wypiliśmy gorącą i słodką kawę. Na Słowacji zwiedziliśmy szybko Roznavę, następnie zdecydowaliśmy się na półtoragodzinny spacer po Betliar, gdzie w pięknym parku angielskim stoi zabytkowy pałacyk myśliwski. Przyległy park został wpisany na listę historycznych ogrodów świata. W nim egzotyczne drzewa i krzewy urozmaicone licznymi japońskimi budowlami. Nam najbardziej do gustu przypadło jeziorko i ... spotkanie z wiewiórką. Powróciwszy do samochodu wyruszyliśmy wzdłuż Słowackiego Kresu do Plesivca, gdzie próbowaliśmy znaleźć ruiny zamku, a stamtąd następnie wyruszyliśmy do lokalnego przejścia drogowego na Węgry. Po przekroczeniu granicy wjechaliśmy się w Węgierski Park Narodowy Aggetelek. Szybko zaparkowaliśmy samochód i z tłumem węgierskich turystów ruszyliśmy do jaskini Bardala-Domica. Niestety okazuje się, że wejście do jaskini jest możliwe po uprzedniej dwutygodniowej rezerwacji złożonej na piśmie. Szkoda. To już druga jaskinia do której nie udało nam się wejść. Ruszamy dalej. Krążąc po urokliwych węgierskich wioskach docieramy do miejscowości Edeleny. Szósty co do wielkości pałac na Węgrzech okazuje się być ruiną. Barokoy L`Huiller-Coburg nie był wart nadłożonych kilometrów i straconego czasu. Na szczęście udało nam się szybko dotrzeć do Miszkolca. Jest to niestety trzecie co do wielkości miasto Węgier i przez to wyjazd z miasta zajął nam półtorej godziny. Zwiedzanie miasta ograniczyliśmy do spacerowej promenady Szechenyi Istvan Ut. Ponadto odwiedziliśmy jedno z centrów handlowych, gdzie staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami forintów. Tradycyjnie spotkaliśmy tam rodaków. Pełno nas Polaków wszędzie. Miasto jest bardzo źle oznakowane i bez mapy krążyliśmy kilkadziesiąt minut szukając drogi prowadzącej do celu - na zamek w Diosgyor. W końcu dotarliśmy tam cierpliwie jadąc za autobusem komunikacji miejskiej. 
Zamek jest bardzo potężny a dodatkowego uroku dodają mu cztery prostokątne wieże narożne. Z wieży rozpościera się wspaniały widok na okolice i zamkowy dziedziniec. Jak się okazało, był to największy zamek jaki zwiedziliśmy (wstęp po 700 forintów). 
Kolejnym wartym dłuższego przystanku miejscem naszej podróży było Lillafured - dzielnica kurort. Nad brzegiem jeziora znajduje się przepiękny Hotel Pałacowy - przyciągający najbogatszych turystów. My niestety mogliśmy tylko podziwiać ich samochody i kobiety. Wokół hotelu rozpościerają się wspaniałe wiszące ogrody, a ich największą atrakcją jest 20 metrowy wodospad Szinva. Taki sztuczny wodospad w zadbanym parku. Niestety nie zwiedziliśmy całych ogrodów bo musieliśmy się spieszyć. Przed dalszą podróżą posililiśmy się typowo węgierskim jedzeniem - hot dogami i hamburgerami. Tradycyjna kuchnia węgierska w tej miejscowości była dla nas za droga. Nadto Pani sprzedawczyni zrobiła nam psikusa: dziurę w bułce wydrążyła palcem by wepchnąć w nią parówkę. Nota bene, odradzamy zwykłe hot dogi - sama bułka i parówka bez żadnych dodatków za 270 forintów. Dalsza trasa, mimo że przedzieraliśmy się przez Góry Bukowe, wydała się dość łatwa. W rekordowym tempie 30 minut przejechaliśmy 30 kilometrów górskich zakrętów i podjazdów. Już o zmroku dotarliśmy do Egeru. To niezbyt duże miasto z rozbudowaną bazą noclegową zaskoczyło nas niemożnością znalezienia noclegu. Łażąc po starym mieście za pensjonatem po nocy zwiedziliśmy kilka niezwykle urodziwych, wąskich uliczek zdominowanych przez turystów i gwar rozmów dochodzący z okolicznych knajpek. W ogóle w Egerze stare miasto to jeden wielki ciąg knajp, restauracji, barów i dyskotek. Warto tam być. Nadaje to temu miejscu niepowtarzalne wrażenie. Po ponad dwóch godzinach poszukiwań, przez przypadek udało nam się wynaleźć kwaterę prywatną - apartament - praktycznie w centrum. Ale znaleźć to jedno a dogadać się to drugie. W tym kraju nikt nie rozmawia po angielsku, a zrozumienie węgierskiego jest gorsze niż hieroglifów. Cóż, zawsze zostają kalambury. Zaskoczyła nas niesamowicie właścicielka, która okazała się być bardzo przygotowana na wizyty polskich turystów. Po tym jak z posiadanych przez nią rozmówek polsko-węgierskich nic nie wynikło, zdesperowana przyniosła odręczne zapiski w języku polskim z niezbędnymi zwrotami: Ile za pokój? 3000 forintów za osobę. Szerokiej drogi !. Mimo nienajniższej ceny wzięliśmy nocleg. Perspektywa dalszych poszukiwań nie wchodziła w rachubę. Dostaliśmy super wyposażony pokój z łożem małżeńskim. W nocy znowu ktoś chrapał nad uchem. Padaliśmy ze zmęczenia, jednak przed snem nie omieszkaliśmy wypić Egri bikaver. W regionie z którego pochodzi odkryliśmy jego inny niepowtarzalny smak. Był lepszy. A humor po winku się poprawił. Spędziliśmy kolejny wesoły wieczorzyk, planując kolejny dzień. Znowu bez szczegółów. Kiedyś to się źle skończy. Dzień czwarty Obiecałem reszcie, że nie będę ich budził rano, wobec czego sam wybrałem się na spacer po starówce. Miasto było spokojne i dopiero budziło się do życia. Wszędzie cisza, mimo że to miejsca, które kilka godzin później pogrążone będą w gwarze rozmów setek turystów. A było co zwiedzać. Neoklasycystyczna bazylika, druga co do wielkości na Węgrzech, barokowy kościół minorytów, nieopodal kościół franciszkanów, ratusz miejski. Gdy około godziny 9.00 wspólnie rozpoczeliśmy zwiedzanie, na starówce pojawili się już pierwsi turyści. Szybko zwiedziliśmy miasteczko i weszliśmy na potężny zamek. Z baszty roztaczał się piękny widok na miasto. Górował nad nim turecki minaret. Ruszamy dalej. Mamy dwie drogi do wyboru: przez góry Matra i nizinną, biegnącą obok autostrady. Tym razem wierzchołki gór zamierzamy podziwiać z oddali. Po drodze mijaliśmy urokliwe miasteczka, m.in. Gyongyos: ratusz, kościół, na rynku odbywał się festyn. Nie udało się tylko odnaleźć zamku, ale miasto zjeździliśmy wszerz i wzdłuż (nie pierwszy i nie ostatni). Następnym razem poprosimy pilota, żeby informacje z przewodnika czytał także na kolejnej stronie. Ale i tak było miło :). Na drodze natknęliśmy się na wóz w zaprzęgu z koniem i osłem. Po ponad godzinnej podróży przez kilkanaście tak urokliwych węgierskich miasteczek dotarliśmy do Godolo. Cała atrakcja tego miejsca sprowadza się do przepięknego pałacu królewskiego Grassalkovichów. Nasze zwiedzanie ograniczyliśmy do krótkiego spaceru po ogrodach i kilku zdjęć na fasadę pałacu. Duża część ogrodu jest bardzo zaniedbana i rozczarowuje. Pałac też aż tak bardzo nas nie zachwycił. Największe atrakcje tego dnia jeszcze przed nami. Przejeżdżając przez Mogyoród koniecznie musieliśmy zboczyć na Hungaroring. Odbywał się tam zlot motocykli i po drodze kilkanaście razy mijały nas kawalkady motocyklistów. Chociaż tor F1 największe wrażenie robi z ekranu tv gdy jeżdżą po nim koledzy Szumiego to i tak warto było zajechać. Najbliższe zawody w sierpniu będzie się oglądało zupełnie inaczej, a wejście w ostatni zakręt przed prostą start-meta nie jest takie proste. 
Po południu dotarliśmy nad Dunaj. Po pierwsze, odmiennie niż to twierdził Johan Straus, Dunaj wcale nie jest taki modry. Po drugie, czemu w przewodnikach nie piszą, że na Dunaju nie ma mostów. Ale nade wszystko, nie ma na świecie drugiej tak pięknej widokowo rzeki. 
Jadąc wzdłuż Dunaju kilkakrotnie robiliśmy postój by cieszyć oczy i obiektyw panoramą na zakole. Szukając mostu dotarliśmy do Vacu, gdzie poczuliśmy klimat węgierskich festynów, a jadąc dalej podziwialiśmy z oddali (przez rzekę) niezdobyty (przez nas) zamek w Wyszechradzie. Nic dziwnego, że nikt go nie zdobył, skoro musiał przeprawić się przez Dunaj. Nam się nie udało. Tutaj zakończyliśmy chwilowo naszą wyprawę przez Węgry i nagleni przez czas musieliśmy wracać na Słowację. By dotrzeć do Bańskiej Szczawnicy znów musieliśmy przebić się przez góry (Góry Szczawnickie). Czekała tam na nas kolejna niespodzianka. Miasto położone jest na stromych zboczach Gór Szczawnickich. Miasteczko jest wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i wcale nie trzeba go zwiedzać by dociec czemu. Czas w nim zatrzymał przed paroma wiekami. My na szczęście zdążyliśmy na czas i wieczorem ekipa naszej wyprawy powiększyła się do 6 osób. Największą zaletą noclegu, który znaleźliśmy, była jego cena. Następnym tazem zamieszkamy tam w Grand Hotelu. O dziwo, było nas stać. Później wyczerpani podróżą skupiliśmy się na degustacji słowackich specjałów. Wizja poznania życia nocnego kopalnianego miasteczka wyciągnęła nas na stare miasto, jednak bynajmniej nie jest to miasto do którego przyjeżdżają osoby, które lubią się nieco zabawić. Zmuszeni do powrotu, z ręką na sercu możemy polecić śliwowicę w czystej postaci. Siedząc przy stole i sącząc alkohol jak za dawnych czasów toczyliśmy dysputy do późnej nocy o życiu i celu naszej wyprawy (…?).
Dzień piąty Dla odmiany dzień ten spędziliśmy poruszając się bez samochodu. Dzień rozpoczęliśmy od wizyty w kopalni (Banske muzeum v prirode). Dostaliśmy nieprzemakalne płaszcze, kaski, górnicze latarki i tak wprost do Sztolni Bartolomej. Przez ponad godzinę szliśmy wąziutkimi korytarzami, często mocno pochyleni. Niczym krasnoludki. Od przewodnika dowiedzieliśmy się że najstarsze korytarze pochodzą z XVII w. Idziemy dalej. Przewodnik, który swoim wyglądem utwierdza jak ciężka była praca w kopali, mówi, że kilkadziesiąt metrów nad naszymi głowami jest jezioro. Po wyjściu z kopalni wybraliśmy się nad nie. Tradycyjnie wybraliśmy złą drogę i szlak nad jezioro zajął godzinę zamiast pięciu minut. Jezioro jak jezioro. Niewarte godzinnej wyprawy, tym bardziej, iż wokół miasteczka znajduje się kilkadziesiąt takich sztucznych jezior, zwanych tajchami, do których przy pomocy specjalnych rowów odprowadzano wodę z kopalń. Kilka z nich widzieliśmy podczas wyjazdu z Bańskiej Szczawnicy. Spacerując po wąskich uliczkach w zasadzie szliśmy cały czas stromo pod górę. To charakterystyczne dla Bańskiej Szczawnicy. Ul. Kmeta, plac Świętej Trójcy, Nowy zamek. Stary zamek, Ratusz, stare kamienice i niesamowite wąskie uliczki. Nawet stare zaniedbane i opuszczone kamienice podkreślają wyjątkowy charakter miasta. Warto pochodzić i nie unikać zaułków. No i zegar na którym mała wskazówka wskazuje minuty, a duża godziny. W zasadzie klimat tego miasteczka, a nie jego zabytki, jest niesamowitą atrakcją. Ale zwiedzanie miasta to nie tylko zabytki. Utrudzeni podróżą kilkakrotnie zaglądaliśmy do uroczych knajpek z piwem słowackim lub przysmakami tamtejszej kuchni. Spróbowaliśmy typowo słowackiej zupy - czosnkowej z grzankami- która działa niby na wszystko, ale najlepiej po wypiciu butelki słowackiej śliwowicy. Ale nie było tak prosto dokonać zamówienia. Wino do obiadu serwowano nam w innych ilościach od zamówionych, a pojedyncze drinki okazywały się być w potrójnej ilości. W restauracyjkach w starej części miasta na obiad można zamówić bardzo dobre lokalne przysmaki, naprawdę warto. W jednej z knajpek dla miejscowych (piwo po 16 koron) spotkaliśmy naszego przewodnika z kopalni, który krzepił się piwem po ciężkim dniu pracy :). My zaś nie odmówiliśmy sobie także skosztowania czarnego Leffa. Po zmroku miasto nabrało dodatkowego uroku, a na ulicach pusto. Szkoda tylko, że wszystkie knajpy zamykają o 22. tego dnia najbardziej zaskoczyło nas, że Słowacy oglądają hokeja z wielkim entuzjazmem, a półfinałowy mecz Ligi Mistrzów w ogóle ich nie interesuje. My odwrotnie, na noclegu tym razem obyło się bez hokeja. Milan wygrał 3:0.
Dzień szósty Parę godzin snu i pobudka. Podczas gdy wszyscy w mieście spali, my spędziliśmy krótką chwilę na śniadaniu i nie zwlekając, wyruszyliśmy w dalszą trasę. Jak się później okazało na następny posiłek trzeba było sporo poczekać. Naszym celem był Budapeszt. Opuszczając Bańską znów musieliśmy pokonać kilkadziesiąt kilometrów górskiej drogi. Po kilkudziesięciu minutach zatrzymaliśmy się w Levicach na szybkie zakupy w Tesco by uzupełnić zapas zupek chińskich, wina. Adama udało się skusić na rum. Następny przystanek robimy nad samą granicą przy polnej drodze. Mieliśmy stąd wspaniały widok na wyniosłą katedrę w Esztergomie. Kolejny postój był na granicznym moście. Zatrzymaliśmy się na chwilę by zrobić kilka zdjęć na meandrujący Dunaj i górującą nad całym miastem bazylikę. Stąd już tylko kilka kroków i po kocich schodach rozpoczęliśmy wspinaczkę na zamkowe wzgórze. Z bliska wielkość bazyliki przytłacza. Wyczytaliśmy, iż jest piątą na świecie pod względem wielkości. Mierzy 117m długości i 47m szerokości, a jej kopuła wznosi się na wysokość 100m. Wysokość nawy głównej to 68m. W sąsiedztwie znajduje się zamek królewski, a przy nim imponująca kolekcja dzwonów. Wyjeżdżając z Esztergomu, Adam wyczytał, iż odwiedzając świątynię warto wspiąć się na jej kopułę, skąd rozciąga się zapierający dech w piersi widok na zakole Dunaju. Widać stamtąd nie tylko panoramę całego miasta, lecz również zachwyca błękitna wstęga rzeki przecinająca dolinę między pokrytymi lasami wzgórzami pasm Börzsöny, Visegrád, Pilis i Gerecse. Szkoda, że nikt tego nie przeczytał jak realnym było wejście na kopułę. Następny przystanek niespodziewanie robimy w miejscu bez żadnych atrakcji turystycznych. Przy wjeździe do jakiejś miejscowości zatrzymuje nas kilkudziesięciu osobowa grupa policjantów. Z rozmowy z policjantem wynikło, iż między nami nie ma wspólnego języka. Domyśliłem się, że chce dokumentów, wobec czego otrzymał wszystkie kwity jakie tylko posiadaliśmy. Chyba o to mu chodziło. Przy wyjeździe z tej samej miejscowości znowu zatrzymała nas grupka kilkunastu policjantów. Tym razem chcieli tylko paszporty. Obyło się bez dodatkowych kontroli.  Po kilkunastu kilometrach zatrzymujemy się w Wyszechradzie. Spacerując po tym miejscu zwiedziliśmy pałac królewski i wieżę Salomona, z której podziwiać można piękno zakola Dunaju. Nie udało nam się niestety znaleźć drogi samochodowej na cytadelę i jest to największy powód dla którego Adam chce tam wrócić. Zamek nie został zdobyty.
Naszym następnym celem jest Szentendre - miejsce, które udało się nam pobieżnie zwiedzić szukając noclegu. Może miasto to jest tak piękne jak opisują przewodniki, ale wydaje się, że takich miejsc podczas naszej wędrówki zwiedziliśmy kilkanaście, wobec czego te wąskie i kręte uliczki nie zrobiły na nas większego wrażenia. Na nocleg wybraliśmy dwa pokoje niedaleko dworca. Do dyspozycji dostaliśmy jeszcze nieźle wyposażoną kuchnię (kuchenka gazowa, garnki, sztućce - wszystko jest), łazienki z ciepłą wodą, telewizor, żelazko. Jednym słowem full wypas. Pod domem zostawiliśmy samochody i szybką kolejką HEV dotarliśmy do Budapesztu. Gdy wyszliśmy z podziemi stacji kolejki, od razu poraziło nas piękno tego miasta. Przed nami był Dunaj, a na wprost wyróżniający się budynek parlamentu. Kilka zdjęć i wyruszyliśmy na Wzgórze Zamkowe. Na górze nie sposób było ogarnąć wzrokiem wspaniałości tego miejsca. Urządziliśmy sobie dość długi spacer zaplanowaną wcześniej trasą tak by nie ominąć największych atrakcji. Spokojny krokiem obeszliśmy Fortuna utca, następnie Táncsics Mihály utca, by Országház utca dotrzeć na Plac Dísz z kościołem św. Macieja i Basztą Rybacką, a następnie Úri utca udać się na Zamek Królewski. Cały kompleks zabudowań królewskich, podobnie jak całe Wzgórze Zamkowe, znajdują się na liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. We wschodnim skrzydle pałacu mieści się Galeria Narodowa, w południowym - Muzeum Historii Budapesztu, w zachodnim - Biblioteka Narodowa im. Széchény'iego, a w najbardziej wysuniętym na północ - Muzeum Historii Współczesnej. Podziwiając mijane kamiennice, rzeźby i pomniki , spacer po Starówce dostarczył niezapomnianych wrażeń. Ale największe były spod Zamku, skąd widać panoramę Budapesztu: parlament, operę, mosty, Dunaj... Całe miasto jak na dłoni. Robi wrażenie - naprawdę! Chwilę przerwy zrobiliśmy dopiero po zejściu z góry w napotkanym bistro, gdzie właściciel nas zaskoczył. Mało, że potrafił co nieco po polsku, to twierdził, iż był w Białymstoku. Szybki posiłek postawił nas na nogi. Generalnie od tej strony Budapeszt okazał się dość drogi. Przy okazji zaznaliśmy smaku węgierskiego piwa. Niezłe. Popijaliśmy potem do końca pobytu w Budapeszcie. Następnie pieszo przez niesamowity Most Łańcuchwy rozpoczęliśmy wędrówkę na drugą stronę miasta - przez Peszt. Z czasem przestaliśmy zwracać uwagę na kolejne pomniki i zabytkowe kamiennice czy kościoły. Po prostu jest ich w Budapeszcie zbyt dużo jak na jeden pobyt. Po zmierzchu miasto opanował specyficzny klimat i dodatkowy urok. Może od wypitego wina? Niesamowite wrażenie zrobiła oświetlona opera i parlament. Wolno wracając naddunajską promenadą do stacji HEV zrobiliśmy kilkadziesiąt nocnych zdjęć na Budapeszt. Widok na oświetlony Most Łańcuchowy i górujący nad nim zamek zostanie na długo w naszej pamięci. Zmęczeni jeszcze długo po powrocie wymienialiśmy się wrażeniami. Miasto jak już wspomniałem - porusza. Dzień siódmy Z Budapesztu jest tylko 200 km do Wiednia. Grzechem byłoby się tam nie wybrać. Szybkie śniadanie (znów pasztet i zupka chińska), kawa i przed 10 wyruszamy w trasę. Niestety nasze plany pokrzyżował Budapeszt. Przez ponad 40 minut staliśmy w korku, czekając na wjazd na most, przez który nie chcieliśmy przejechać. Cóż - gdybyśmy rozłożyli mapę pewnie udało by się przewidzieć i ominąć korek. Na szczęście korek przesuwał się piękną trasą - po prawej Wzgórze Zamkowe, po lewej Dunaj i Parlament, na wprost Most Łańcuchowy. W końcu dotarliśmy na autostradę (winieta 1500 forintów) i z prędkością ponad 130 km/h mniej więcej w ciągu godziny dotarliśmy do granicy węgiersko-austrackiej. Chcąc pozbyć się drobnych forintów zakupiliśmy chleb, zaś na poprawę, i tak dobrych nastrojów, moi towarzysze dostali węgierskie piwo. W Austrii zboczyliśmy z autostrady i podróżując dalej zwykłą drogą krajową minęliśmy szereg malowniczych i bardzo zadbanych miejscowości. Generalnie Austria okazała się bardzo pięknym krajem. W przeciwną stronę minęło nas kilkanaście Porsche. To wyjątkowy kraj gdzie bogactwo społeczeństwa widać na każdym kroku. Po kilkudziesięciu kilometrach zatrzymaliśmy się na krótki postój - na kawę. Wybraliśmy miejsce, gdzie tłem były ruiny zamku. Stąd już tylko kilkanaście minut do Wiednia. Pierwszy przystanek w Wiedniu zrobiliśmy przy kościele Boremeusza. Następny dłuższy postój był celem zwiedzenia Belwederu. Z tyłu Pałacu roztacza się wspaniała panorama miasta. Także Pałac imponuje wyglądem i kolekcją zbiorów w środku. Następny przystanek robimy w ścisłym centrum. Kilkanaście minut zajęło znalezienie wolnego miejsca do parkowania. Niestety nasz czas zwiedzania zabytków zgromadzonych na wiedeńskiej starówce został ograniczony maksymalną długością czasu parkowania - 1,5 godziny (godzina parkowania 80 eurocentów). Docieramy pod Operę i zaczynamy wędrówkę po starówce. Jest co oglądać i mówiąc szczerze jednodniowa wycieczka do Wiednia okazała się zbyt krótka. Co krok był jakiś unikalny w skali światowej zabytek, w sumie to chyba wszystkie budynki były zabytkowe. Wiedeń jest jednym z najbardziej bogatych w zabytki i miejsca warte zobaczenia miast w Europie. Nic dziwnego, że jest wpisany jako dziedzictwo światowej kultury UNESCO. Oto tylko nieliczne z nich. Hofburg, Stephansdom, Hoher Markt, zegar Anker, Alte Burg. Ale przede wszystkim to miejsce do spacerów. Wydawac by się mogło, że wszystkie zabytki znajduja się w tym samym miejscu, ale wędrując między nimi czas biegł nieubłaganie i w końcu niemal truchtem musieliśmy wracać do samochodu. Następnym punktem wyprawy była wycieczka reprezentacyjną arterię miasta - Ringstrasse, gdzie stoją najwspaniajsze gmachy Wiednia. W ten sposób dotarliśmy m.in. pod Ratusz, Burgtheatru i Parlament. Nie było więc zbytnio czasu na zwiedzanie, a można tak jeździć w kółko i rozglądać się wokoło. Jedno jest pewne, chętnie wybierzemy się tam ponownie. Ja po raz czwarty. Miasto nas zaskoczyło, kolejny raz okazało się przepiękne. Dalsze zwiedzanie musieliśmy zostawić na kolejny raz bo czas było wracać na Słowację. Nie mieliśmy żadnej mapy i na podstawie konturów Wiednia z przewodnika postanowiliśmy znaleźć drogę do Bratysławy. Po kilkunastu minutach i prawie bezbłędnej nawigacji Pani Schumacher udało nam się wydostać z tego wielkiego miasta. Niestety mieliśmy straszne opóźnienie. Po drodze mijaliśmy kilka sympatycznych miasteczek (a może wiosek). Pozytywne wrażenie wywarł Hainburg nad Dunajem. Z okien samochodu mogliśmy podziwiać wyjątkowo dużo zabytkowych pomników, kamienic i w górze masywną twierdzę. Był to urzekający widok, zwłaszcza, że trafiliśmy tam o zachodzie słońca. Na granicę dotarliśmy po zmroku. Niestety tym razem nie udało się wjechać na Słowację tak szybko jak wcześniej. Kilkanaście minut staliśmy w nadgranicznym korku. Sama odprawa była szybka. Pani celnik nawet nie zerknęła do paszportów. Naszym celem były Bojnice. Jakieś ponad 150 km od Bratysławy. Na dłuższą chwilę (kanapka, kawa i tankowanie) zatrzymujemy się na stacji benzynowej pod Bratysławą. Jak ruszyliśmy dalej było już po 21.00. Nocna jazda autostradą zakończyła się w Pieszczanach. Niestety nie mieliśmy czasu aby zwiedzić te miasteczko. Następnie skierowaliśmy się w kierunku Topolczan. I tu kolejna niespodzianka - wjechaliśmy w góry (Powaski Inowiec, następnie Trybecz i Ptasznik). Po drodze zastanawiamy się kilkakrotnie czy oby nie zatrzymać się na nocleg w którejś z mijanych miejscowości. Postanowiliśmy, że jedziemy dalej - do Prievidzy pod Bojnicami. Mijaliśmy po drodze kilkanaście osób próbujących zachować równowagę. Chyba w końcu dotarliśmy w rejon, gdzie życie nocne nie kończy się przed 22.00. W końcu, kilka minut przed północą, dotarliśmy do umówionego pensjonatu. Pokój może nie był luksusowy, ale spełniał wszystkie nasze wymogi, tym bardziej, że na zewnątrz rozpadał się deszcz. Poza tym, byliśmy szczęśliwi, że dotarliśmy. Z radości osuszyliśmy butelkę rumu. Mnie przypadła do gustu. Dzień ósmy Dziś nie mamy ochoty już na nic. Przez cały dzień odczuwany skutki nieprzespanej nocy. Wystarczy nam spacer do pobliskich Bojnic. Główna ulica niczym zakopiańskie Krupówki przyciągała tłumy turystów. Miasto cechuje atmosfera sjesty. Większość sklepów i straganów miała w swojej ofercie regionalne przysmaki oraz doskonałe wina i nalewki. Wart polecenia jest serwowany pod zamkiem szaszłyk oraz pieczeń cygańska zarówno w bułce jak i z frytkami. Będąc w Bojnicach nie sposób ominąć położonego na wzgórzu zamku - jednego z piękniejszych zamków na Słowacji. Położony bardzo malowniczo na szczycie wzniesienia urzeka swoim bajkowym wyglądem. W sąsiedztwie na uwagę zasługuje zoo. Na zamku, a następnie w okolicznych restauracjach spędziliśmy cały dzień utrwalając swoje zamiłowanie do picia chmielowego trunku. Pod piwo smakował nam serwowany w restauracjach u podnóża zamku rosół i zupa pomidorowa. Zresztą w Bojnicach oferują ciekawe regionalne potrawy: od wyprażanego syra, bryndzowych halusek po wyśmienite kulki mięsne w paryskiej kawie. Pycha, a ceny potraw okazały się bardzo przystępne (do 130 koron). Poza tym głupio się zamawia jedzenie pokazując palcami. Było naprawdę piękne, może tylko za dużo turystów. Jutro do domu. Spędzamy miły, leniwy dzień. Dzień dziewiąty Wyruszamy po 10.00. Po drodze było kilka miejsc godnych polecenia. Pierwszy przystanek robimy pomiędzy Górami Strażawskimi a Małą Fatrą. Jest tam wyjątkowo ładna panorama górska. Następny przystanek robimy po kilkunastu kilometrach znów z przepiękną panoramą górską, w którą wplótł się jakiś klasztor. Aż do samej granicy towarzyszyła nam górska sceneria. Po drodze zrobiliśmy kilkadziesiąt zdjęć. Po kilkunastu kolejnych kilometrach docieramy do Orawskiego Podzamcza. Miłe miejsce, dobre na dłuży postój i obiad. Podeszliśmy tylko pod zamek. Zwiedzanie wewnątrz zostawiliśmy na później, na kolejną wyprawę. Jako pamiątki z wyjazdu kupiliśmy ozdobne monety z nadrukiem zamków, które zwiedziliśmy. Na pocztówki znów nie znaleźliśmy czasu. W pobliskiej restauracji zamówiliśmy po zupie i drugim daniu. Obsługa była niesamowita. Najpierw zapomniała o nas, a potem o tym, że zamówiliśmy zupę. Straciliśmy ponad godzinę. Kolejny przystanek mieliśmy na granicy. Jako kolejne pamiątki kupiliśmy alkohol. Zajęło nam to także ponad godzinę. Granicę przekroczyliśmy w Chyżnym. W Polsce z każdym przejechanym kilometrem wjeżdżaliśmy w coraz większy korek jadących na Warszawę. W Faktach i Wiadomościach relacjonowano jak przebiegał ruch na naszej trasie. Do tego samochody z naprzeciwka oślepiały tak kompletnie, ze momentami nie wiedzieliśmy czy byliśmy na właściwym pasie. Wszystko to wpływa na końcowe opóźnienie i w Białymstoku byliśmy po 1.00. Koniec. Już dziś do pracy ....
|