typer: 0
id: 758
id2:




  Kontakt   Pomoc   Mapa portalu   Forum
Portal Podróżnika bezdroza.pl

Wyszukaj   
GLOWNA
Twój schowek jest pusty
Nowości w księgarni
Litwa, Łotwa i Estonia. Bałtycki Łańcuch
39.90 PLN
Więcej...


Jura Krakowsko-Częstochowska. Z legendą wśród Orlich Gniazd
29.90 PLN
Więcej...


Promocja KSIˇŻKA DNIA
ks_dnia Codziennie inna książka Wydawnictwa Bezdroża
25% taniej!!!

Zobacz więcej
Znajdž
mapka
Klub bezdrożnika
Warto zobaczyć

Bezdroza.pl

Przewodniki pisane z pasją

rejestracja

RELACJE Z PODRÓŻY

W mojej Prowansji, gdzie czas leniwy

Autor: PP
Data dodania do serwisu: 2009-08-31
Relacja obejmuje następujące kraje: Francja

Oceń relacjęŚrednia ocenaIlość ocen
5,7476


Są takie miejsca, do których z przyjemnością i nieskrywanym sentymentem – pomimo chęci zobaczenia nowych zakątków – powracamy. Niemalże niekończący się mechanizm wspomnień uruchomiony zostaje poprzez fotografie, filmy video, zasuszone kwiaty, muszle, ziarna piasku, zachowane bilety. Są takie miejsca, o których opowiada się w emocjonalnym uniesieniu, z rumieńcem i żywą gestykulacją. Opowiada się o nich tak, aby najdokładniej oddać odbiorcy ich piękno, a może – aby samemu ciągle pamiętać o uroku miejsca i  nieustannie go celebrować. Jest takie miejsce w południowo-wschodniej Francji…                                                                                    

            Magdalenką zamoczoną w herbacie Proust zaczyna poszukiwanie straconego czasu.   Gdy otwieram kuferek z prowansalskimi pamiątkami – lawendą, jaśminowym mydełkiem, kwiatostanem niedojrzałych winogron, zdjęciami, paragonami, biuletynami i ulotkami z przeraźliwie długimi francuskimi słowami, zaczyna się moja podróż w czas zyskany. Kolej mknąca wśród rudo-brązowych skał, w bliskiej obecności morza sprawia, że podróżnik – ułożywszy się w wygodnym pociągowym fotelu – mógłby zachwycony, ze wzrokiem wpatrzonym w to, co za szybą przemierzać tak całe Lazurowe Wybrzeże. Pociąg zatrzymuje się na stacji Antibes.                                                                  

            Wita mnie małe prowansalskie miasteczko, z charakterystyczną dla tego regionu średniowieczną architekturą. Miejscowość znana jest przede wszystkim z Muzeum Picassa, nieznana z wielu innych. Na wędrówkę po Antibes mam przeznaczone dwie godziny, kieruję się więc od razu w stronę muzeum. Droga do kasztelu jest naprawdę urzekająca – tuż przy samym morzu ciągnie się długi, kręty, kamienny pas przerywany arkadami. Romański niegdyś zamek, w którego wnętrzu znajduje się galeria, położony jest malowniczo na wzniesieniu. Pablo Picasso miał w zamku swoją pracownię i w podzięce za gościnę pozostawił rodzinie Grimaldich swoje obrazy, rzeźby oraz wyroby ceramiczne. Nie oglądam dzieł hiszpańskiego malarza – muzeum jest zamknięte z powodu remontu. Jednak surowa, warowna elewacja na tle błękitu nieba i lazuru morza jest wystarczającą rekompensatą. Schodzę ze wzgórza i po raz kolejny zdumiewa mnie widok. Zamek niespodziewanie otoczony jest barokowymi kościołami z jasnopomarańczowym tynkiem i ślimacznicami. Ta całkowita odmienność stylowa – ku zaskoczeniu – doskonalone ze sobą współgra.

            Wchodzę w meandryczne, wąskie uliczki, których zieloność i kwiecistość uderza. Uderza również barwność kamienic z obowiązkowymi, najczęściej zielonkowatymi okiennicami oraz wejściem bujnie porośniętym bluszczem albo zdobionym przez krzew z soczyście różowymi kwiatami, którego nazwy nie znam. Kamieniczki położone są  tak blisko siebie (naturalnie po to, by chronić się wzajemnie przed słońcem), że Francuz wie o życiu swojego sąsiada nieomal wszystko. Może dlatego z nim tak często rozmawia, tak często się do niego uśmiecha. Urokliwe to zjawisko, takie swojskie, rzadko spotykane. Ma się nawet przez to poczucie barbarzyńskiego wkroczenia w strefę intymną, nieturystyczną właśnie. Obecność wędrowca równie często budzi zaciekawienie, co jest niezauważana. Żyją te kamieniczki – zdaje się – wolnym i harmonijnym rytmem, a zadziwiająca prostota cechuje ich mieszkańców. Przypatruję się babuszce (nie inaczej) spokojnie siedzącej przed domem, przy stopach której rozkładają łapy czarne (nie inne) koty. Przejmujący dla mnie to obraz – osiągam  stan uroczystego skupienia, świadoma bardziej niż kiedykolwiek, że obcuję z najprawdziwszym życiem.

            Robię krótki przystanek przy zacienionym baldachimem źródle wody pitnej. Siedzę, bez pośpiechu. I tak mi błogo, tak upojnie. Schowana przed palącym słońcem, zatopiona w śpiewie cykad, uśmiechając się – myślę. A trochę później mam ochotę wyśpiewać z Geppert: Kocham cię życie! Poznawać pragnę, pragnę, pragnę cię w zachwycie

            Radosna refleksja przy źródełku zagłuszona zostaje wrzaskiem targu. Wabiona różnorodnymi zapachami, idę w sam środek zgiełku. Targujący się turyści i przebiegli handlarze. Stoły zastawione świeżymi owocami, warzywami, ziołami, rybami, mięsem, z którymi sąsiadują stoiska z pamiątkami: reprodukcjami Picassa, figurkami zamku, ceramiką, pocztówkami, błyskotkami. A jeszcze dalej perfumy, mydła i inne pachnidła. Wszystko to na obszarze kilkudziesięciu metrów. Tłoczno, duszno, krzykliwie. A jakie to przyjemne.

            Z owocem granatu w dłoni kolejno przechodzę przez place – typowo  francuskie, zdobione fontannami, latarniami i klombami kwiatów. Zastawione kawiarnianymi stolikami, z których bezpruderyjni Francuzi niezłomnie nawołują kobiety, jednocześnie szczodrze obdarowując je melodyjnymi komplementami. Bezproblemowo, otwarcie, rubasznie tutaj – być może nawet tak,  jak w Ameryce Márqueza. Takie to naturalne, takie mi nawet pasujące.

            Jest kraina trubadurów nadal poetycko-malownicza, winniczna, lawendowa, ziołowa. Jest też zdumiewająco prosta, przez to tak mocno kusząca. Spędzone w Antibes dwie godziny wydłużam w wieczność. Taka jest moja Prowansja – czas wstrzymująca. Prowansja, której w książkach nie znajdziecie. Znajdziecie ją taką – tam będąc.

            A w drodze do kolejnego francuskiego miasteczka widzę przez okno krajobraz zupełnie inny: rolniczą Prowansję z rozległymi, ciągle wyłącznie zielonymi winnicami lipcowymi, skąpanymi w promieniach zachodzącego słońca. Też warto.

powrót do początku strony